|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytam i komentuję
Friends & relatives
Popieram
Tagi
|
wtorek, 15 maja 2012
Wniosek do Anny Nehrebeckiej
Jarosław Kaczyński zażądał, aby Warszawa odpowiednio uczciła pamięć jego brata, nadając jego imię wielkiej ulicy. Bardzo minimalistyczne to żądanie. Nie ma w Warszawie wystarczająco wielkiej, symbolicznej ulicy (takiej jak w Paryżu Pola Elizejskie albo w Pradze Václavské náměstí), która byłaby godna poległego Prezydenta. W Tbilisi jego imieniem nazwano, jakże symbolicznie, ulicę prowadzącą na lotnisko. Czy nie byłoby pięknym pomysłem, żeby, wzorem Trasy Królewskiej, w Warszawie wyznaczyć Trasę Prezydencką, prowadzącą od pałacu, w którym mieszkał, na lotnisko, z którego wyleciał w swoją ostatnią podróż? Zaczynamy od Krakowskiego Przedmieścia. Chyba nikt nie ma wątpliwości - żadna inna ulica nie zasługuje bardziej na noszenie imienia zmarłego Prezydenta. Już za życia była z nim nierozerwalnie związana, a po śmierci stała się wręcz symbolem walki o Jego godne upamiętnienie. Wnioskuję, aby przedłużenie ulicy Lecha Kaczyńskiego nazwać imieniem Jarosława Kaczyńskiego. Symbolika takiego nazewnictwa byłaby doniosła - idee reprezentowane przez Prezydenta nie giną, lecz są dalej niesione przez Jego brata. Dla podkreślenia ścisłości związku obu braci ulica mogłaby mieć ciągłą numerację, co miałoby też taką zaletę, że z pewnością ułatwiłoby życie listonoszom. Zapewne podniosą się głosy, że Jarosław Kaczyński żyje. Uważam, że nie jest to przeszkoda uniemożliwiająca nadanie ulicy jego imienia, albowiem: a) istnieją precedensy, gdy wielkim polskim przywódcom nadawano ulice jeszcze za życia, b) Jarosław Kaczyński kiedyś umrze (oby jak najpóźniej) i wtedy zmienianie nazwy ulicy będzie się wiązało z dodatkowymi kosztami, więc w imię racjonalnego gospodarowania dokonajmy tej zmiany już teraz, c) jak powszechnie wiadomo, Jarosław również miał paść ofiarą zamachu (druga tutka), więc jak najbardziej miejsce na Trasie Prezydenckiej mu się należy. Jedziemy Alejami, obecnie Jerozolimskimi. Nie mamy nic przeciwko Izraelowi, w końcu Prezydent Kaczyński był wielkim zwolennikiem zbliżenia polsko-izraelskiego, ale jednak bez przesady. Są dwie możliwości - niech to będą albo Aleje Warszawskie, na cześć miasta, w którym się Prezydent urodził i w którym przeżył całe życie, albo Aleje Smoleńskie - wiadomo. Dojeżdżamy do placu Artura Zawiszy. Artur Zawisza jest zdrajcą, odszedł do Marka Jurka, więc oczywiście nie jest godzien placu na Trasie. Proponuję placowi nadać imię wartości, które były dla Lecha Kaczyńskiego najdroższe i których imieniem nazwał stworzoną przez siebie partię: Plac Prawa i Sprawiedliwości. Pięknie będzie brzmiała ta nazwa w obcych językach. Z placu rozchodzą się ulice na wszystkie strony. Na północ ulica prowadzi w stronę żywego pomnika Prezydenta - Muzeum Powstania Warszawskiego. Niech się zwie ulicą Budowniczego Muzeum. Jako że jej przedłużenie prowadzi na Żoliborz, może się nazywać aleją Inteligencji Żoliborskiej. Jacyś tam Okopow i Towarow nie będą kłuć w oczy Polaków swoimi ulicami w sercu Warszawy, po konfederacji barskiej, rzezi Pragi, zaborach, Katyniu i Smoleńsku. Na południe wiedzie szosa na Radom i Kielce. Może się nazywać Antoniego Macierewicza, najbardziej wytrwałego poszukiwacza prawdy o zamachu, który kiedyś tą szosą często jeździł. Albo Przemysława Gosiewskiego, chociaż jego imieniem powinien zostać w pierwszej kolejności nazwany pociąg. Albo obaj podzielą się tą ulicą, jest wystarczająco długa. A my jedziemy na lotnisko. Na pewno się Żwirko i Wigura nie obrażą, że ich ulicę przemianujemy na Ofiar Zamachu Lotniczego w Smoleńsku. Tak, są już takie ulice w Polsce. W Dąbrowie Białostockiej jest Rondo Ofiar Katastrofy Lotniczej w Smoleńsku, sam widziałem. Wtedy jeszcze nie było z całą pewnością wiadomo, że to zamach. W Krakowie jest za to ulica Smoleńsk. Nazwa podejrzana, bo nie wiadomo za bardzo kogo upamiętnia, do tego słyszałem, że nazywała się tak jeszcze przed zamachem - ale w sumie czego się można spodziewać, przecież z Krakowa byli i minister Klich, i poseł noszący nie przypadkiem takie samo nazwisko jak pewne antypolskie ugrupowanie reprezentujące już nawet nie zakamuflowaną opcję niemiecką. Powyższy wniosek zostaje zgłoszony do Komisji Nazewnictwa miasta stołecznego Warszawy. Liczymy na to, że Komisja, tak zasłużona w upamiętnianiu bohaterów z przeszłości, nie zawaha się uczcić współczesnych bohaterów, niezależnie od sympatii lub antypatii politycznych.
niedziela, 13 maja 2012
Dwa narody, dwie reprezentacje
Po necie chodzi plotka, wg której Robert Lewandowski nie lubi się z Jakubem Błaszczykowskim. Powodem antypatii są poglądy polityczne - napastnik jest zwolennikiem Platformy, gdy pomocnik sympatyzuje z PiS-em. Panowie ze sobą podobno nawet nie rozmawiają, a podają sobie piłkę tylko wtedy, gdy nie mają innego wyboru. Tak sobie pomyślałem (po lekturze kolejnego dramatycznego tekstu o tym, że Polska podzieliła się na dwa narody, które nie mają ze sobą nic wspólnego), że przed Euro trener Smuda powinien zorganizować wewnętrzny mecz eliminacyjny. Ci za Donaldem kontra ci za Jarosławem. Zwycięska drużyna będzie reprezentować Polskę na Euro. Od razu mniej konfliktów lojalności wśród kibiców. Jeśli wygrają pisowcy, kibice platformerscy będą mogli już z czystym sumieniem wspierać Niemców albo Rosjan, co i tak w głębi serca by przecież robili. Jeśli wygrają platformersi, pisowcy mogą bez wątpliwości kibicować jakiemuś prawdziwie niepokornemu narodowi. Najlepiej Węgrom, ale skoro się nie zakwalifikowali, to niech będą na przykład Chorwaci. W sumie skoro politycy różnych partii nie grają w jednej drużynie, jeśli idzie o reprezentowanie Polski za granicą (vide ostatni żenujący spór o bojkot Ukrainy), to dlaczego oczekiwać tego od piłkarzy?
środa, 09 maja 2012
Majówka podlaska
Kiedy obmyślaliśmy z A. plan objazdu rowerowego północnej części województwa podlaskiego, mieliśmy jedną kluczową wątpliwość. Czy w długi weekend majowy (a tylko taki termin wchodził w grę) nie wpakujemy się w epicentrum jakiegoś Armageddonu turystycznego? Czy region, którego największym atutem są dzika przyroda, cisza i spokój, nie będzie w ten weekend przypominać bardziej Krupówek czy innych Dąbek? Czy w ogóle znajdziemy jakieś miejsca do spania? (Wcześniejsza rezerwacja oczywiście nie wchodziła w grę - nie mogliśmy przewidzieć z wyprzedzeniem, ile danego dnia będziemy w stanie przejechać, już nie mówiąc o tym, że to kompletnie odebrałoby objazdowi urok spontaniczności)? Bo przecież trudno sobie wyobrazić lepszą porę na włóczenie się nad Biebrzą, Narwią, Rospudą, Hańczą czy Supraślą niż właśnie wiosnę, gdy łąki aż biją zielenią, a ptaki drą się najintensywniej. Potem zastanawialiśmy się głównie, gdzie ci wszyscy ludzie są w czasie weekendu. W Zakopanem czy Hurghadzie? Nie, że w ogóle ludzi nie było. Ale jak na jeden ze szczytów sezonu turystycznego (majówka takim szczytem niewątpliwie jest) było ich zaskakująco mało. Grupki ornitologów nad Biebrzą. Jacyś kajakarze na Rospudzie. Nurkowie nad jeziorem Hańcza. I chyba najmniej - zwykłych turystów, chcących poznać ciekawe i piękne miejsca swojego kraju. Czy turystyka na Podlasiu skazana jest na niszowość? (Aha - turystów rowerowych, takich jak my, przemieszczających się z miejsca na miejsce rowerem, spotkaliśmy przez jedenaście dni trzy pary. Choć wydawało się znów, że pora i rejon idealny dla takiej formy turystyki - a ja się martwiłem, czy ten tłum rowerzystów, który marzy o zwiedzaniu Podlasia i Suwalszczyzny, pomieści się w pociągu). Oddzielną kwestią jest infrastruktura. Gdy w sobotnie popołudnie natknęliśmy się w wiskim barze "U Dany" na znajomą przewodniczkę, potraktowałem to jako zbieg okoliczności. Bliższe prawdy byłoby jednak stwierdzenie, że byliśmy na to spotkanie skazani, bo w całym Basenie Południowym to jest jedyne miejsce, w którym można coś zjeść na obiad. (No ok, jest jeszcze wypasiony Dwór Dobarz, natomiast w Osowcu, było nie było siedzibie Parku, w niedzielę otwierającą weekend nie było czynne nic). W sumie - właściciele tych lokali trafnie zdiagnozowali popyt, chociaż w tym przypadku popyt i podaż działają na zasadzie sprzężenia zwrotnego... Z racji naszego sposobu przemieszczania się byliśmy skazani na codzienne szukanie noclegu - do tego takiego tylko na jedną noc. Kiedyś nie miałem z tym specjalnego problemu, ale wydaje mi się, że w ostatnich latach istotnie zmienił się model agroturystyki. Goście oczekują wyższego standardu, właściciele starają się sprostać ich oczekiwaniom - ale w efekcie nie za bardzo są skłonni przyjmować takich turystów jak my, i to tylko na jedną noc. W jednym pensjonacie otwarcie nam powiedziano, czemu nie chcą nas przyjąć (mimo że były miejsca) - sprzątaczka nie przyjechała i nie ma kto posprzątać pokoju. Jakby to samemu nie można było sprzątnąć (czy nawet dać nam posprzątać...) Ale jakoś nocleg nam się udawało znaleźć, często dzięki zupełnie bezinteresownej życzliwości różnych osób (przy czym mam podejrzenie graniczące z pewnością, że często tę życzliwość zdobywały nam nasze rowery i sakwy). Gospodyni w Woźnejwsi przyjęła nas na nocleg, mimo że w tym roku zasadniczo nie prowadziła pensjonatu. Gospodarze z Kotowiny najpierw zaczęli wydzwaniać do wszystkich wokół w sprawie jakiegoś miejsca dla nas, po czym jakoś nas upchnęli u siebie. Ale rekord życzliwości ustanowili państwo ze Studzianego Lasu - ponieważ nie mają jeszcze wykończonego pensjonatu, zaproponowali nam nocleg... u siebie w salonie. Chcieliśmy im wszystkim tą drogą podziękować i zareklamować. Że tam jest pięknie, to chyba nie muszę mówić? Osobiście tym razem najbardziej mnie zauroczyła dolina Rospudy - w szczególności jej górna, pojezierna część. Trasa nad jeziorem Bolesty i wioseczka Kotowina, położona na przesmyku między jeziorami, gdzie z okna pokoju można było usłyszeć lub nawet zobaczyć przelatującego żurawia.
Dalej - po prostu niesamowicie uroczy odcinek pogranicza mazursko-suwalskiego pomiędzy Stańczykami a jeziorem Hańcza. Dolina Narwi między Wizną a Tykocinem, ale to wiadomo. Biebrzańskie "dzikie pola" na północ od Dolistowa tym razem zrobiły na mnie mniejsze wrażenie niż dwa lata temu, gdy woda jeszcze nie zeszła i w zastoiskach aż roiło się od ptaków: Jedenaście powiatów województwa podlaskiego plus jeden warmińsko-mazurskiego; trzy parki narodowe i trzy krajobrazowe; dziesięć dni jeżdżenia, ponad sześćset kilometrów na liczniku. Wrażeń przeliczyć się nie da.
wtorek, 08 maja 2012
Euro spoko
Będzie teraz parę wpisów inspirowanych tegoroczną majówką, ale najpierw odniesiemy się do wydarzenia, którym żyje naród, czyli do wybrania przebojem Euro kawałka zespołu Jarzębina. Posłuchałem wszystkich konkurentek Jarzębiny ze ścisłego finału (nie, nikt mi nie kazał się umartwiać, ja tak z własnej woli). Różniły się stylistycznie (był rock, pop, piosenka, hip-hop), ale wszystkie (z jednym wyjątkiem) były tak samo wyzute z jakiejkolwiek oryginalności, tak samo wymęczone, pozbawione śladu natchnienia. Jakby były pisane na siłę. Co w tym dziwnego, że ludzie zagłosowali na coś, co przynajmniej jest zabawne, oryginalne, a przy tym wpada w ucho? Że obciachowe? A Feel, Gawliński czy OT.TO niby nie są obciachowe? Mamy potworne kompleksy jako naród i to także dotyczy naszej muzyki. Teraz te kompleksy uwidoczniły się przy okazji dyskusji o Ko ko Euro spoko - że co Europa o nas pomyśli? Europa ma nasze przeboje na Euro dokładnie w nosie, ale gdyby nawet nie miała, to niby co takiego mogłaby pomyśleć? Bardziej się zastanawiam, co by pomyślała, gdyby konkurs wygrał kawałek Libera i InoRos (to ten wyjątek, o którym pisałem wyżej) - że niby co, że Polska nie ma własnej tradycji muzycznej i musi importować jakieś latynoskie rytmy? A w ogóle - czego można się było spodziewać po plebiscycie organizowanym przez Radio Zet?
czwartek, 19 kwietnia 2012
To tylko tango
Dzisiaj w kolejnym odcinku wspominek o LP3 w ramach cyklu "To tylko tango" (nb. robi on na mnie wrażenie popłuczyn po świetnej "Trójce z dżemem" i nie dowiedziałem się na razie z niego niczego nowego) przypomniano znaną historię ocenzurowania Maanamu w 1984 roku - gdy zamiast Simple Story i Jestem kobietą na antenie pojawiał się werbel z Tanga. Na koniec Marek Niedźwiecki skomentował, że dzisiaj byłoby to już niemożliwe, bo nie ma cenzury. 13 maja w Oświęcimiu, w ramach tamtejszego Life Festivalu, wystąpi Peter Gabriel. Artysta wybitny, wyjątkowy, który dla wielu słuchaczy Trójki (w tym dla mnie) jest bodaj największym idolem muzycznym w życiu. To jest raptem drugi jego koncert w Polsce. Można by się zatem spodziewać, że taki koncert jest na tyle znaczącym wydarzeniem, że w Trójce będzie się o nim mówić. Tymczasem... słucham swojego ulubionego radia i kompletnie informacji o nim nie słyszę. No nic - posłucham Nocy Muzycznych Pejzaży. Kto jak kto, ale Piotr Kosiński, największy fan Petera Gabriela w Polsce, musi o takim wydarzeniu poinformować. Słucham więc Pejzaży jeden tydzień, drugi, trzeci - i uświadamiam sobie, że Trójka, nawet o drugiej w nocy, o tym koncercie po prostu nie powie. W poszukiwaniu rozwiązania zagadki zaglądam na stronę Life Festivalu - i wszystko staje się jasne. Jednym z patronów medialnych koncertu jest RMF. Że media tworzą sobie własne światy, nadymając wydarzenia "swoje" i przemilczając wydarzenia "konkurencyjne" - już mnie przestało dziwić. Opowiadano o takich kwiatkach, że artysta, który brał udział w promocji radia żółtego, już nie miał czego szukać na antenie radia niebieskiego - i odwrotnie. Że jednak w takich gierkach bierze udział Trójka, na którą płacę (jeszcze?) abonament, że nie stać jej na informację o ważnym koncercie wielkiego artysty dlatego, że jest popierany przez radio konkurencyjne (wiem, że to wszystko domysły, ale jak inaczej to milczenie wytłumaczyć), to się od tego niedobrze robi. Nie ma dzisiaj jawnej cenzury, są za to różne układy pseudobiznesowe, w których udział mediów publicznych jest totalnym zaprzeczeniem ich misji. Efekt jest taki sam - jak w 1984 roku nie można było mówić o Maanamie, tak dziś nie można mówić o Gabrielu. I nawet nikt czegoś takiego jak werbel z Tanga nie zagra.
środa, 18 kwietnia 2012
Fetowanie Mazowieckiego
W ramach fety urodzinowej Tadeusza Mazowieckiego przywołano słynnego szeryfa z "W samo południe" nawołującego do głosowania na Solidarność w wyborach czerwcowych 1989. Trudno o większą pomyłkę (albo fałszerstwo?) przy wyborze symbolu. Jak wiadomo, Tadeusz Mazowiecki sprzeciwiał się koncepcji pójścia przez obóz Solidarności z jedną listą do tamtych wyborów - i sam w nich nie wystartował. Gdyby go wtedy posłuchano, nie byłoby przygniatającego zwycięstwa 4 czerwca i przełomu politycznego z nim związanego. Już po wyborach stanowczo przeciwstawiał się wzięciu przez Solidarność odpowiedzialności za rządzenie krajem. W sumie można powiedzieć, że wszystkie jego wybory z tamtego, kluczowego dla Polski czasu były błędne. Na szczęście nie miał wtedy mocy decyzyjnej. Do historii przeszedł jako pierwszy niekomunistyczny premier. Kandydatów do stołka było trzech - on, Geremek i Kuroń. Czy wypada dzisiaj powiedzieć, że Mazowiecki swój wybór zawdzięcza nie temu, że przewyższał kontrkandydatów talentem politycznym i zasługami, ale temu, że w przeciwieństwie do nich miał odpowiednie pochodzenie i wyznanie - i mógł liczyć na poparcie Kościoła? Największy sukces polityczny Mazowiecki odniósł zaraz po przerżniętych przez siebie wyborach prezydenckich 1990 roku. (Swoją drogą, powszechne wybory prezydenckie, ten wrzód polskiego systemu politycznego, też są pozostałością po niewyżytych ambicjach politycznych pana Tadeusza). Ogłosił powstanie Unii Demokratycznej - i w ten sposób skutecznie zablokował miejsce na scenie politycznej solidarnościowej lewicy. Jeżeli dzisiaj mamy do wyboru między prawicowym PO i prawicowym PiS-em, to podziękujmy za to Mazowieckiemu. Książka Krasowskiego podoba mi się choćby dlatego, że rozpoczyna dyskusję o czołowych politykach Dwudziestolecia. Ale żadnych dyskusji ma nie być, ma być tylko bezrefleksyjne fetowanie zasłużonych postaci, zwłaszcza jeśli można je naciągnąć przy tej okazji na jakieś odpowiednie wypowiedzi o Smoleńsku.
niedziela, 15 kwietnia 2012
O nauczaniu historii
Mamy takie czasy, że kto protestuje przeciwko reformie nauczania ogólnokształcącego, ten od razu zostaje zapisany do pisowców. Ja swoje zdanie wypowiedziałem jakieś cztery lata temu i go nie zmieniłem, dziwi mnie tylko, dlaczego ten temat stał się przedmiotem debaty publicznej dopiero teraz - i to tylko w odniesieniu do nauczania historii. Mogę się nawet zgodzić z niektórymi argumentami zwolenników zmiany. Że bez sensu jest powtarzać ten sam cykl edukacyjny trzy razy (był sens tworzyć gimnazja?), że nie ma czasu na historię najnowszą. Że obecnie historia jest nauczana chronologicznie, a nie problemowo. Tylko to wszystko nie jest wystarczającym uzasadnieniem modelu, w którym podstawowy kurs historii kończy się w wieku szesnastu lat. Zwolennicy reformy najbardziej cieszą się na odejście od "endeckiej tradycji propagandy politycznej" (prof. Hartman). Mniejsza o owo charakterystyczne dla środowisk liberalnych używanie przymiotnika "endecki" w charakterze obelgi (bardziej zgodne z prawdą byłaby jak już "sanacyjna tradycja propagandy politycznej"), ale oto czytam, że w ramach przedmiotu "Historia i społeczeństwo", który miałby zastąpić wykład historii dla ostatnich klas licealnych o profilu niehumanistycznym, jeden z tematów do wyboru nazywa się "Ojczysty panteon i ojczyste spory". Co więcej - w toku debaty pojawił się postulat, że temat ten ma być obowiązkowy. Nie znam programu tego tematu, ale sama nazwa "ojczysty panteon" zapala światełko ostrzegawcze przed tym bogohonoroojczyźnianym nauczaniem historii (zwłaszcza przy odpowiednio patriotycznie nastawionym nauczycielu), nawet jeśli zostaje ono złagodzone przez "ojczyste spory". Ale już nie o to chodzi. Moim zdaniem jednym z głównych problemów nauczania historii - jeszcze za moich czasów, a nie sądzę, żeby coś się zmieniło - jest oderwanie nauki historii Polski od historii powszechnej. Rodzi to mnóstwo negatywnych skutków: 1. Młodzież nie potrafi powiązać wydarzeń z historii powszechnej z ich wpływem na historię Polski. Uczy się o polityce zagranicznej Wazów i o wojnie trzydziestoletniej, ale nie widzi związku jednego z drugim. 2. Nie ma zdolności do patrzenia na politykę innych krajów z ich punktu widzenia, a nie z punktu widzenia Polski - stąd potem bzdury o "zdradzie jałtańskiej" i tym podobne. 3. Ale najważniejsze - skutkiem takiego nauczania jest wykształcenie przekonania o wyjątkowości historii Polski. Zależnie od przekonań mówiącego i rodzaju jego kompleksów, ta wyjątkowość może być dobra albo zła, ale tak czy owak pojawia się potem pełno kwiatków, że Polska była np. jedynym dużym krajem Europy, który znikł z jej mapy. Gdyby mówiący miał jakieś pojęcie o historii choćby Węgier, powstrzymałoby go to przed wygadywaniem takich bzdur. Otóż - reforma Hall te problemy tylko pogłębia. Na "Panteonie narodowym", czy jak się ten blok będzie nazywał, na historię porównawczą miejsca z natury nie będzie. I będziemy wychowywać kolejne pokolenia młodzieży w przekonaniu o wyjątkowości historii Polski. Co jest nie tylko głupie, ale i dokładnie sprzeczne z kierunkiem, jakiego oczekują Hartman i inni zwolennicy reformy.
sobota, 14 kwietnia 2012
Przeczytane: Antoni Dudek - Instytut
Instytut Antoniego Dudka traktuje o historii najnowszej, ale już zamierzchłej. Czytając tę książkę - bardzo ciekawie napisaną - uświadomiłem sobie, jak kompletnie Smoleńsk przeorał memetykę naszej polityki i jej osie sporów. Przecież jeszcze kilka lat temu poszczególne dyskusje lustracyjne - o listę Wildsteina, o Niezabitowską, o Hejmę i Wielgusa, wreszcie o Przyczynek do biografii - wywoływały wręcz dzikie emocje u obu stron sporu, a sam stosunek do lustracji był jedną z głównych osi konfliktu w polskiej polityce. Dzisiaj jest to konflikt równie egzotyczny co np. spór między doradcami a ekspertami w czasie pierwszej Solidarności. Chociaż nie - jego uczestnicy dalej są po tych samych stronach, tylko już nie kłócą się o to, czy ujawniać agentów, ale czy w Smoleńsku był zamach. Dlatego zabawne wydały mi się wyniki sondażu z "Wyborczej", w którym historyczna ranga katastrofy w Smoleńsku była wyżej oceniana przez zwolenników PiS, a niżej przez zwolenników PO. Ta różnica ocen mocno trąci życzeniowym myśleniem, a nie da się ukryć, że spór o ocenę Smoleńska organizuje polską debatę publiczną przez ostatnie 2 lata i będzie jeszcze organizował przez przynajmniej kilka.
niedziela, 01 kwietnia 2012
Kłamstwo
Dzisiaj w jubileuszowej Trójce napatoczyłem się na rozmowę Dariusza Rosiaka z jakimś profesorem o tragedii w Tuluzie. Profesor najpierw podkreślał egzystencjalną wyjątkowość żydowskiego losu, a potem powiedział, że ci, którzy krytykują państwo Izrael, tak naprawdę są antysemitami, tylko niejako chowają swój antysemityzm - tak jak w czasie nagonki marcowej w Polsce chowano antysemityzm za antysyjonizm. Nie pierwszy raz spotykam się z tym poglądem - niedawno czytałem jakiś artykuł w Polityce o fali antysemityzmu w Niemczech utrzymany w podobnym tonie. Otóż jest to ohydne kłamstwo. Oczywiście zapewne istnieją ludzie, którzy krytykują państwo Izrael i jego działania z pobudek antysemickich. Jednak twierdzenie, że każda krytyka Izraela jest de facto przejawem antysemityzmu, jest wstrętną propagandową manipulacją, mającą na celu odebranie prawomocności jakiejkolwiek krytyce Izraela. I bardzo mi się nie podoba, że takie manipulacje mogą być wygłaszane bez słowa komentarza w tak poważnych i opiniotwórczych mediach jak Polityka i Trójka. Myślę, że zaporą dla takich manipulacji powinien być proces, jaki zostałby wytoczony jednemu czy drugiemu oszczercy. Chyba nie ma wątpliwości, że sugerowanie, że ktoś jest antysemitą, uderza w jego dobra osobiste.
sobota, 31 marca 2012
Pięćdziesiątka
Tak się dziwnie składa, że Trójka nie ma szczęścia do swoich okrągłych rocznic. Dwudziestych urodzin w ogóle nie świętowała, bo nie było jej na antenie po stanie wojennym. Trzydzieste urodziny przypadały w okresie zamieszania w eterze po 1989 roku, a na czterdzieste urodziny słuchacze zorganizowali jej pogrzeb. To, że jednak dożyła do pięćdziesiątki w miarę dobrej kondycji, przeżyła i Laskowskiego, i polityzację za czasów PiS, i gorszące odwołanie Krzysztofa Skowrońskiego, świadczy o ogromnej żywotności tej stacji - i przywiązaniu słuchaczy. (A może trochę, mówiąc nieco złośliwie, o braku jakiejkolwiek sensownej konkurencji w eterze). W domu moich dziadków, gdzie spędzałem większość czasu w dzieciństwie, było tylko rosyjskie radio Sonata, bez UKF-u. Moje pierwsze wspomnienia Trójkowe łączą się więc z popołudniami spędzanymi u rodziców, przy stojącym w kuchni czarnym radiu Lena, i jakimś dziwnym facetem śpiewającym o śmierci w Bikini. Później była Lista... a później, gdy już na stałe przeprowadziłem się do rodziców, zacząłem dostosowywać swój tryb dnia do Trójkowych audycji. Zdążyć ze szkoły na Powtórkę z Rozrywki z Rodziną Poszepszyńskich, zwagarować, żeby móc słuchać Winien i Ma, sobotę skończyć Listą, niedzielę zacząć z kabaretem Długi albo Zespołem Adwokackim Dyskrecja, po obiedzie wysłuchać Życia na gorąco Andrzeja Turskiego z Andrzejem Bilikiem i Zbysławem Rykowskim (ta audycja została przeniesiona do telewizji z wielkim sukcesem jako 7 Dni Świat!), załapać się na odcinki powieści (codziennie czytano dwie: o 7:30 i 13:00 jakiegoś Folleta czy MacLeana, o 11:50 i 19:50 coś poważniejszego - w szczególności pamiętam Dzieci Arbatu czytane bodaj w 1987 czy 1988...). Dzisiaj wydaje się niewiarygodne, że radio kiedyś mogło tak organizować czas - ale przecież tak było, i do dziś mam w głowie większość ramówki z tego okresu. Tak sobie myślę, że źródłem sukcesu Trójki było umiejętne połączenie dwóch elementów: kulturotwórczości i otwarcia na młodego słuchacza, w szczególności słuchacza o większych aspiracjach kulturalnych i intelektualnych (usilnie staram się unikać tego słówka zapożyczonego z języka rosyjskiego ;). W różnych dekadach proporcje tego miksu kształtowały się różnie - w latach 70. Trójka była "bardziej kulturalna", w latach 80. dyrektor Turski uczynił ją "bardziej młodzieżową" (czego wielu dawnych słuchaczy nie może mu wybaczyć - znam takich, dla których kwiecień 1982 był szokiem takim samym, jak dla mojego pokolenia pseudoreformy Geniusza Eugeniusza), ale zawsze oba jego elementy były obecne. Wspomniany prezes Smolar miał trochę racji zauważając, że Trójka w latach 90. przestała być "młodzieżowa" trafiając głównie do trzydziesto- i czterdziestolatków - niestety, chciał ją uczynić bardziej "młodzieżową" kosztem kulturotwórczości, co oczywiście musiało skończyć się klapą. Dzisiaj straszne czasy smolarszczyzny są już przeszłością (jeszcze raz trzeba z szacunkiem wspomnieć Krzysztofa Skowrońskiego, zaszczutego przez panią Kublik, która teraz robi jubileuszowe wywiady z Magdą Jethon - znów straciłem szacunek do obecnej dyrektor Trójki, że zgodziła się na rozmowę z tą dziennikarską hieną), ale problem odnalezienia się mojego ulubionego programu radiowego w nowej rzeczywistości pozostaje. Trójka jest z jednej strony pod presją starych słuchaczy (i starych redaktorów), którzy najchętniej by chcieli, żeby nic się nie zmieniało; z drugiej - pod presją słupków słuchalności i konkurencji, przy czym konkurencją w tej chwili jest chyba nie tyle RMF czy jakaś inna śmieszna Zetka, ale Youtube i darmowe streamingi), z trzeciej - pod presją dramatycznej sytuacji finansowej mediów publicznych. Nie jestem pewien, czy obecna redakcja ma pomysł, jak sobie z tą presją radzić. Piotr Kaczkowski czy Marek Niedźwiecki zostawali gwiazdami Trójki przed trzydziestką - dzisiaj "stara gwardia" w życiu by nie wpuściła trzydziestoletniego redaktora na antenę do prowadzenia prestiżowego programu. I nie wygląda na to, żeby się to miało zmienić. Życzę zatem Trójce na jej pięćdziesięciolecie, żeby potrafiła się określać i odnajdywać na nowo przez następne pięćdziesiąt lat. Żeby przeżyła i swoich kultowych redaktorów, i swoich obecnych słuchaczy, pozostając najbardziej kulturotwórczym medium w Polsce. Wszystkiego najlepszego i dzięki za te 50 lat. |