sobota, 21 listopada 2009
Nie będziemy Największymi Mistrzami - i co z tego?

Przed Pucharem Wielkich Mistrzów wszyscy powtarzali, że to nieistotny turniej, jakiś kolejny kaprys szefa FIVB, że polscy siatkarze jadą na niego zupełnie z biegu, bez aklimatyzacji. Do tego ze składu mistrzów Europy (i tak jak wiadomo bez trzech najlepszych skrzydłowych) wypadło dwóch najważniejszych zawodników.

A jednak porażki z Japonią, Kubą i Brazylią wywołały mały atak histerii i już gdzieniegdzie czytam o "kompromitacji" mistrzów z Izmiru, że tytuł mistrzów Europy dostał się w ręce chłopców Castellaniego wyłącznie przypadkiem... Szkoda gadać. Nasuwa się parę uwag o mentalności "wspaniałych" polskich kibiców siatkówki, którzy nie potrafią zrozumieć, że nie da się utrzymywać najwyższej formy przez cały czas, zwłaszcza przy tak przeładowanym kalendarzu jak w siatkówce; że niektóre turnieje trzeba traktować jako formę przygotowania i przetestowania ustawień, a inne - po prostu rozegrać, nie nastawiając się na wynik.

Zaczynam rozumieć Raula Lozano, że orał przez całą Ligę Światową składem wicemistrzów świata i śrubował serię meczów bez porażki. Wszak po każdej porażce usłyszałby, że "zdobył wicemistrzostwo tylko przypadkiem". Trzymam kciuki za Castellaniego, żeby konsekwentnie nie przejmował się takim podejściem i robił swoje.

A ważny będzie wynik na MŚ. I wierzę, że tam Polska będzie z Kubą, Japonią, a może i Brazylią wygrywać.

 

 

10:27, airborell , Sport
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009
W obronie Henry'ego

23 lata temu (kurcze, jak ten czas pędzi, przecież pamiętam to jakby to było wczoraj) Diego Maradona strzelił Anglikom piłkę ręką, dzięki czemu Argentyna awansowała do półfinału Mistrzostw Świata. Od tego czasu Anglicy i anglofile go nienawidzą, a inni zadają pytanie: Czemu się nie przyznał? Przyznaniem się uwieńczyłby swoją wielkość, pokazałby, że jest nie tylko genialnym piłkarzem, ale także kimś o wyjątkowej postawie moralnej. Tyle że cały splendor przypadłby Maradonie, a jego koledzy być może straciliby jedyną w życiu szansę na zostanie mistrzem świata. Jako przywódca drużyny, jako ktoś, kto pracuje nie tylko na swój indywidualny sukces, pozycję i sławę, ale na sukces całej drużyny, Maradona nie mógł tego zrobić. Niezależnie od tego, co inni o nim myślą.

Thierry Henry zawsze mi się wydawał piłkarzem bardzo utalentowanym, prawie wybitnym, ale w tym przypadku prawie robiło wielką różnicę. Piłkarzem, który błyszczał w ligowej młócce; radził sobie także na poziomie reprezentacyjnym, ale tylko mając obok siebie niejakiego Zinedine'a Zidane'a, który w decydujących momentach brał odpowiedzialność na siebie. Gdy Zidane'a brakowało i trzeba było samemu przejąć rolę lidera zespołu, gdy przychodziły decydujące mecze w europejskich pucharach - Henry znikał. Potrafił tylko w idiotyczny sposób demonstrować swoją frustrację, jak na MŚ w Korei i Japonii. Moim zdaniem to osobowość Henry'ego w dużej mierze odpowiadała za klęski Arsenalu w Europie, za niepowodzenia reprezentacji Francji.

Wczoraj Henry wreszcie przejął tę odpowiedzialność. Przestał myśleć o tym, żeby być miłym, lubianym facetem, pomyślał o wyniku drużyny, za którą jest odpowiedzialny jako jej największa gwiazda i najbardziej doświadczony zawodnik. Złamał przepisy, zagrał nie fair. I być może po raz pierwszy naraził swoją osobistą reputację dla dobra drużyny. I cenię go teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Henry dostał (nie tyle dostał - zapracował na nią) ostatnią szansę, żeby jako lider reprezentacji doprowadzić ją do sukcesu na wielkiej imprezie. Bez tego nigdy nie będzie godzien postawienia w gronie naprawdę wybitnych piłkarzy. Być może wczorajszy mecz był przełomem, być może wreszcie będzie w stanie tego dokonać. A wtedy - nikt nie będzie pamiętał okoliczności zwycięskiego remisu z Irlandią.

PS. Ale Domenech powinien polecieć. Chociaż we Francji też pewnie boją się, że trzeba mu będzie wypłacić odszkodowanie.

niedziela, 15 listopada 2009
Druga a trzecia

Przerobiłem właśnie lekturę "Wyborczych" z całego tygodnia, a tam dyskusja na temat porównania dwudziestolecia międzywojennego z dwudziestoleciem suwerennej Polski po 1989. Akurat jestem świeżo po lekturze książki Jerzego Tomaszewskiego i Zbigniewa Landau, w której jasno dowodzą, że Polska w latach międzywojennych poczyniła w liczbach bezwzględnych co najwyżej minimalny postęp, a porównując go do postępów uczynionych przez porównywalne kraje (więc wcale nie Niemcy, Wielką Brytanię czy Stany Zjednoczone, ale np. inne kraje środkowej Europy) wyjdzie, że tak naprawdę przeżywała - nie bójmy się słów - zastój. Tak, zastój, mimo Gdyni, COP-u i paru innych bardzo potrzebnych, ale przecież nie zmieniających obrazu całego państwa inwestycji. Dlatego gdy dzisiaj czytam gdzieniegdzie o miałkości osiągnięć Trzeciej RP w porównaniu z Drugą, zastanawiam się, jakie kryteria przyjmują ich autorzy. Wzrost PKB? Dobrobyt ludności? Wzrost wykształcenia? Naprawdę, trudno mi sobie wyobrazić kryterium, w którym Druga RP byłaby górą.

O ile więc z satysfakcją przyjąłem tekst Adama Leszczyńskiego, o tyle mocno się wzburzyłem czytając wywiad z Tomaszem Nałęczem z najnowszej Świątecznej (nie ma jeszcze w wersji on-line). Teza autora brzmi - elity II RP były zdecydowanie bardziej ideowe i w ogóle na wyższym poziomie niż elity III RP (choć tu na szczęście były nieliczne wyjątki, jak Mazowiecki czy Geremek). Wpada tu przy okazji w sprzeczność, bo z jednej strony opisuje pozytywnie polityków przedmajowych, z drugiej - stawia na piedestał Piłsudskiego. Albo więc zarzuty Piłsudskiego wobec demokracji miały jakieś podstawy, albo nie - a wtedy kwalifikowanie go jako "wielkiego polityka" musi budzić poważne zastrzeżenia. Naprawdę jednak nóź się w kieszeni otwiera, gdy profesor porównuje Piłsudskiego i Kaczyńskiego pisząc, że marszałek nigdy nie zadawał się z takimi typami jak Giertych i Lepper - nie wspominając o takiej "drobnej" różnicy, że Kaczyński uszanował rządy demokratyczne i był zmuszony tworzyć koalicję z takimi politykami, jacy byli w parlamencie i posiadali mandat wyborców - a Piłsudski demokrację podeptał i nie musiał szukać żadnych partnerów (otwiera się pytanie, czy zwycięzca znad Wieprza był w stanie kogokolwiek traktować jako partnera).

Do licha - ja wiem, że idelizacja przeszłości jest zjawiskiem powszechnym niezależnie od epoki historycznej i szerokości geograficznej, sam mam mnóstwo zastrzeżeń do naszych obecnych polityków, ale mimo wszystko - żyjemy od 20 lat w państwie demokratycznym, jak dotąd żaden prezydent RP nie został zamordowany, żaden lider, nawet z najbardziej przerośniętym ego, nie pokusił się o próbę zdobycia czy utrzymania władzy w sposób sprzeczny z prawem, mimo narzekań Nałęcza na "brak idei" jesteśmy w stanie bronić swoich interesów międzynarodowych chyba bardziej skutecznie niż w dwudziestoleciu - o co więc chodzi?

 

środa, 11 listopada 2009
Egoizm samobójcy

Samobójstwo samo w sobie jest najczęściej czynem egoistycznym - ktoś nie daje sobie rady z różnymi problemami, chce od nich uciec, ale w efekcie pozostawia swoich bliskich z tymi samymi problemami - i do tego jeszcze z poczuciem winy. Ale samobójstwo można popełnić na różne sposoby. Mniej i bardziej egoistyczne, mniej i bardziej uciążliwe dla innych.

Kościół katolicki uważa, że samobójstwo jest grzechem ciężkim. Nie zgadzam się z taką kwalifikacją - człowiek ma prawo decydować o własnym życiu, o ile bierze pod uwagę odpowiedzialność za innych, jaką przyjął na siebie. Ale ktoś, kto nie ma na tyle odwagi, żeby sam siebie pozbawić życia i musi uciec się do pomocy w postaci pędzącego pociągu, ktoś, kto decyduje się umrzeć w sposób, który nie tylko powoduje komplikacje dla kilkuset innych osób, ale czyni Bogu ducha winnego maszynistę mimowolnym sprawcą śmierci, skazując go na nocne koszmary, ryzyko depresji i traumy uniemożliwiającej wykonywanie swojej pracy - wg mojej etyki popełnia grzech bardzo ciężki.

środa, 04 listopada 2009
Jedna konurbacja, dwa światy

Konurbacja ma jakieś 50 km od swojego wschodniego krańca do zachodniego, więc niby warunki pogodowe na jej całym obszarze powinny być w miarę podobne. Tymczasem dzisiaj - w Katowicach drogi suche, czarne, żadnego śniegu, szronu ani nic w tym stylu. W Bytomiu nagle pojawił się szron, na starej autostradzie było już biało. W Gliwicach kompletny kataklizm komunikacyjny. Swoją drogą, jak to się dzieje, że trochę szronu i śniegu powoduje korki na dwie godziny stania? (Chociaż, w sumie może i dobrze. Jak jeszcze trochę gliwiczanie postoją w korkach, to może w niedzielę jednak pójdą głosować i odwołają pana prezydenta).

Z innej beczki: UK, czy dokładnie Jobson, Wetton & friends fenomenalni. Pisałem, że już nigdy nie zobaczę King Crimson z klasycznego okresu na żywo... i co prawda nie był to oficjalnie King Crimson, ale mniej więcej połowę repertuaru stanowiły nagrania Króla, w tym takie, które zdaje się nigdy do tej pory nie grano na koncertach. Frajer kto nie był, a jeśli ktoś nie chce być frajerem, niech jedzie do Warszawy (już dzisiaj nie zdąży) lub Bydgoszczy.

sobota, 24 października 2009
Z cyklu: Dwadzieścia lat temu...

Najsłynniejsi mieszkańcy mojej dzielnicy umierają spadając z wysoka.

Najsłynniejszym boguciczaninem ostatniego dwudziestolecia był niejaki Magik, czyli Piotr Łuszcz, legenda polskiego hip-hopu, lider Kalibru 44 i Paktofoniki. Zginął wyskakując z okna swojego mieszkania na dziewiątym piętrze. Choć ze względu na patriotyzm lokalny wypadałoby inaczej,  nigdy nie byłem jego fanem jego twórczości.

Byłem natomiast fanem najsłynniejszego boguciczanina poprzedniego dwudziestolecia. Nie tylko ja zresztą - był on jednym z największych idoli całej Polski tamtej dekady. W szarych, dekadenckich latach osiemdziesiątych, gdy nic nie wskazywało, że Polska ma przed sobą jakąkolwiek fajną przyszłość, gdy sukcesów było niewiele we wszystkich dziedzinach życia, a w szczególności w sporcie (ci, którzy marudzą na współczesne nam czasy chyba nie pamiętają okresu, gdy na igrzyskach olimpijskich nie było żadnej polskiej drużyny, w lekkoatletyce zdobywaliśmy jedno szóste miejsce, a jedynymi sportowcami, na których sukcesy mogliśmy liczyć, byli zapaśnicy i kajakarze), sukcesy polskich himalaistów mogły liczyć na ogromny rozgłos w prasie i odpowiednią reakcję opinii publicznej. A z wszystkich polskich himalaistów największe sukcesy miał właśnie on.

Jerzy Kukuczka, bo to o nim oczywiście mowa, nie był zapewne najlepszym polskim wspinaczem pod względem czysto technicznym. Miał natomiast ogromną wytrzymałość i wyjątkową wręcz odporność na zabójcze działanie himalajskich wysokości, ale przede wszystkim - niezwykłą determinację i motywację. To ta determinacja doprowadziła go do Korony Himalajów.

Później dopiero, już długo po jego tragicznej śmierci, przyszła refleksja nad skutkami ubocznymi tej determinacji. Czytając wspomnienia Andrzeja Machnika z Kanczendżongi zastanawiałem się, jak się czuli szeregowi członkowie wypraw, w których Kukuczka brał udział - i wiadomo było, że to on musiał być pierwszym kandydatem do ataku szczytowego. W 1986 roku, kiedy Korona była już naprawdę blisko, dwaj kolejni partnerzy Kukuczki - Andrzej Czok i Tadeusz Piotrowski - zginęli na Kanczendżondze i K2. Czok na skutek obrzęku, który był bezpośrednio związany ze stylem obranym przez wyprawę - nie dość, że zdobywano jeden z najwyższych ośmiotysięczników, nie dość, że zimą, to jeszcze bez tlenu. W sumie znaczna część polskiego himalaizmu z lat 80. to było bicie rekordów w dyscyplinach, których prawie nikt poza Polakami nie uznawał. Byłem dumny, że przez ileś tam lat wszystkie zimowe wejścia na ośmiotysięczniki były dziełem Polaków, aż niedawno sobie uświadomiłem, że inne himalajskie nacje po prostu zimowego himalaizmu (z nielicznymi wyjątkami) nie uprawiały. To Polacy zdobywaniem Everestów zimą rekompensowali sobie swoją nieobecność w zdobywaniu ich latem.

Tak czy owak, Kukuczka był zapewne największym polskim sportowym idolem tamtych czasów. Dla mnie jeszcze tym bardziej wyjątkowym, że bliskim. Pochodził z mojego miasta, jego synowie chodzili do tej samej szkoły podstawowej co ja (nie na Bogucicach, ale na Ligocie). Gdy zacząłem chodzić do liceum, ktoś coś wspomniał o możliwości zorganizowania z nim spotkania.

Tego samego dnia, dokładnie 20 lat temu, dotarła wieść o jego śmierci na Lhotse.

Po śmierci nadano jego imię jednemu z bogucickich osiedli. Dzisiaj jestem tego osiedla mieszkańcem.

 

Horyzont kibiców prywatyzacji

W latach 90., gdy prywatyzacja dopiero się rozkręcała, panowało coś w rodzaju consensusu, że dochody z niej nie mogą być "przejadane" i przeznaczane na bieżące finansowanie deficytu budżetowego. Że trzeba je odkładać, tworzyć z nich specjalny fundusz rezerwowy, z którego będą finansowane - w zależności od wersji - albo wielkie inwestycje infrastrukturalne, albo przyszłe emerytury.

Dzisiaj, gdy coraz realniejsze staje się przekroczenie konstytucyjnego progu relacji długu publicznego do PKB, dziennikarze wzywają rząd Tuska do "odwagi". Odwagi nie w reformowaniu finansów publicznych (bo w to już żaden publicysta nie wierzy), ale w sprzedawaniu kolejnych spółek celem ratowania budżetu.

Mam wrażenie, że horyzont myślowy nie tylko polityków, ale i publicystów skurczył się niemiłosiernie przez te prawie 20 lat. Do licha, ja chyba wolę, żebyśmy doszli do tych 60% i żeby raz rząd poczuł się zmuszony do naprawienia finansów. Bo inaczej problem będzie wracał cyklicznie, przy każdej dekoniunkturze (przecież osiem lat temu była już dziura Bauca). Tyle że za 10 lat to już żadnych Enei do sprzedania nie będzie.

sobota, 17 października 2009
Jak producenci samochodów zmuszają do świecenia

Wybrałem się dzisiaj do salonu pewnej marki (mniejsza o nazwę) obejrzeć jeździdło, którym jestem zainteresowany. W toku konwersacji z bardzo miłym sprzedawcą dowiedziałem się zupełnie przypadkiem, że na rynek polski owe jeździdła przygotowywane są w wersji, w której... nie można wyłączyć świateł mijania. Nie tylko włączają się one automatycznie przy uruchomieniu silnika (co jeszcze byłbym w stanie zrozumieć), ale nie da się ich wyłączyć podczas jazdy. Oznacza to, że jeśli owym samochodem wybiorę się do kraju, w którym parlamentarzyści są mniej zidioceni/skorumpowani (niepotrzebne skreślić) i nie wprowadzili jeszcze obowiązku całorocznego świecenia (a tak się składa, że Polska jest wyspą świecenia w środkowej Europie: ani Niemcy, ani Czesi, ani Słowacy nie są oświeceni), to po prostu nie będę w stanie świateł wyłączyć, nawet w słoneczny dzień. A w takiej Grecji mogę dostać mandat, gdyż jazda na światłach jest tam w dzień zakazana. Ciekawe, czy koszty mandatów pokryje dystrybutor samochodów.

Ale rozumiem, że dystrybutora mało obchodzą Czechy czy Niemcy. W Polsce obowiązek świecenia obowiązuje - a instalując w nowych samochodach światła, których się nie da wyłączyć, dystrybutor przyczynia się do jego utrwalenia. Gdyby teraz powróciła dyskusja o zniesieniu owego obowiązku, pojawi się argument, że "przecież ileś tam nowych samochodów jest wyposażonych w automatycznie włączające się światła mijania, więc zniesienie obowiązku ich używania jest bez sensu".

Swoją drogą, już widzę reakcję kierowców, gdyby te same samochody były sprzedawane z ogranicznikiem prędkości do 130 km/h (więcej legalnie w Polsce jeździć się nie da). Dlaczego więc w przypadku świecenia takie numery przechodzą?

 

piątek, 09 października 2009
Bojkotuję bojkot

Tak, nie ma się co dziwić, że mało komu chce się iść na mecz ze Słowacją. Eliminacje przegrane, gra reprezentacji w ostatnich meczach paskudna, nowy trener nie daje jakichś większych nadziei, żeby było lepiej. Do tego coraz chłodniej. W sam raz, żeby zostać w środowe popołudnie w domu. Ale żeby dorabiać do tego ideologię... śmieszne.

Trzy lata temu warszawski mecz z Serbią obejrzało sześć tysięcy kibiców (za bilety zapłaciła jedna trzecia z tego). Nikt wtedy nie mówił o bojkocie, ot - oto efekt tragicznej gry z Finlandią. Później, gdy reprezentacja zaczęła grać lepiej, na jej mecze nie można było się dostać - na kończące eME spotkanie z Belgią było podobno dwieście tysięcy chętnych. Czy wtedy sytuacja w PZPN była w jakikolwiek istotny sposób lepsza? Ok, wtedy rządził Listkiewicz (odsądzany zresztą przez dziennikarzy i kibiców od czci i wiary). Ale mamy rok 2009. Prezesem jest już Grzegorz Lato, w związku rządzi sitwa Piechniczka i Engela, zawarty został skandaliczny kontrakt ze Sportfive. Powodów do protestowania przeciw PZPN jest mnóstwo. Czemu nie ogłosiliście swojego protestu przed meczem z Irlandią Północną, szanowni protestanci? Nasuwają się dwa wyjaśnienia. Po pierwsze, bo wtedy były jeszcze realne szanse na awans, a więc baliście się, że akcja zakończy się spektakularną klapą. Po drugie, bo wtedy trenerem był gość, którego darzyliście irracjonalnym i kompletnie nieodwzajemnionym uczuciem. Teraz zaś jest nim człowiek uważany za typowego przedstawiciela Polskiej Myśli Szkoleniowej. Ale czym w takim razie różnicie się od tych leśnych dziadków, których tak nienawidzicie? Oni też życzyli porażek reprezentacji, gdy trenerem nie był ich faworyt.

Porównujecie się do tych, którzy trzydzieści lat temu przeprowadzili w Polsce pokojową rewolucję. Im groziły więzienia, wyrzucenie z pracy, w najlepszym wypadku - zablokowanie kariery. Wam nie grozi nic. Nie pójdziecie na stadion, obejrzycie mecz w telewizji, a jeśli Wasz bojkot pójdzie krok dalej - zamiast meczu obejrzycie M jak miłość czy co tam leci na innym kanale. Bo przecież ten mecz tak naprawdę Was kompletnie nie obchodzi, on jest o pietruszkę. Żałosny byłby wegetarianin, który krzyczałby, że protestuje przeciwko władzy nie jedząc mięsa; żałosny byłby impotent, który rozgłaszałby wszem i wobec, jak bardzo jest cnotliwy. I tak samo żałośni jesteście Wy.

I głównie z Waszego powodu planuję się wybrać w tę środę na Stadion Śląski.

 

20:30, airborell , Sport
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 05 października 2009
Klątwa trwa

Pierwszy minister sportu, który poszedł na wojnę z PZPN, zginął w porachunkach mafijnych.

Drugi - właśnie ma proces w sprawie o korupcję.

Trzeci - właśnie wyleciał z rządu za prawdopodobny udział w aferze korupcyjnej.

(BTW - to zabawny zbieg okoliczności, ale właśnie w tych dniach obchodzimy dokładną rocznicę wojenki wytoczonej PZPN-owi przez byłego już ministra).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31