sobota, 28 stycznia 2012
Groteska

Protestowanie przeciwko wysokim cenom paliwa przypomina nieco protestowanie przeciw padającemu deszczowi - wpływ jakiegokolwiek czynnika w Polsce na to, że ceny benzyny rosną, jest znikomy. (Ok, VAT wzrósł o jeden punkcik procentowy, ale przecież nie wzrost VAT odpowiada za ten rajd cen).

Jeśli jednak protestanci chcą skłonić rząd do obniżenia akcyzy (bo to chyba jedyne narzędzie, jakim rząd dysponuje - no, może zawsze wezwać na dywanik prezesa Orlenu i nakazać mu obniżenie marży, ale to nie o to chodzi), to powinni chyba protestować tak, żeby rząd - czy gospodarkę - zabolało. Dzisiaj miałem okazję natknąć się na protestantów pod CH Silesia. Wyglądało to w najwyższym stopniu groteskowo. Kilka samochodów jeździło w kółko po centrum handlowym, kompletnie ginęły w tłumie, nikt na nie nie zwracał uwagi.

Ktoś tu się ośmiesza.

wtorek, 24 stycznia 2012
Kto zyskiwał na obchodzeniu Belki

Kończy się wreszcie tolerowanie przez rząd obchodzenia podatku Belki i co się okazuje? Że banki, które przedtem oferowały "lokaty antybelkowe", nagle są w stanie zaoferować lokaty "z gwarancją wysokości oprocentowania". Czyli - jak do tej pory oprocentowanie wynosiło 5%, to od marca wyniesie 6% - podatek bank weźmie na siebie.

I przyznaję, że wcale mnie to nie dziwi. Od zawsze obchodzenie Belki wydawało mi się tylko i wyłącznie patentem na zwiększone zyski banków, które nie musiały oferować wyższego oprocentowania nominalnego i brać więcej do swojej kieszeni. I jestem pod wrażeniem skuteczności, z jaką przekonały klientów, że to tylko i wyłącznie w trosce o ich dobro...

Przyznaję, że obchodzenie Belki było dla mnie poważnym problemem moralnym. Robiłem to, bo wszyscy wokół to robili, bo mój rząd na to przyzwalał, ale uważałem, że stosowanie takich chwytów jest głęboko nie w porządku - i poniekąd było przejawem słabości państwa.

Inna sprawa, że sytuacja, w której mój realny zysk z lokaty jest tak naprawdę opodatkowany grubo ponad 50% (przy tak wysokiej inflacji jak ostatnio opodatkowanie było jeszcze wyższe) jest demoralizujące i skłania do oszustwa. Idealny w moim odczuciu byłby system, w którym podstawą opodatkowania było oprocentowanie realne, a nie nominalne - ale zdaję sobie sprawę z piekielnych trudności przy wdrożeniu czegoś takiego.

poniedziałek, 23 stycznia 2012
O wyższości Watersa nad Gilmourem

W najważniejszych sporach ludzkości zajmuję od zawsze jednoznaczne stanowisko. Beatlesi, a nie Stonesi. Maradona, a nie Pele. Waters, a nie Gilmour. Ostatnio akurat wdałem się na zbuku we flejma na ten ostatni temat, a wczoraj poszedłem na koncert Australian Pink Floyd i podczas otwierającego In The Flesh? uświadomiłem sobie, że samo istnienie takich zespołów jest w pewnym stopniu odpowiedzią.

W przypadku Pink Floyd nie jest sztuką nauczyć się odgrywać wszystkie solówki Gilmoura - Australijczycy zagrali je po prostu imponująco, nie myląc się chyba ani razu (przyznaję, że z drżeniem serca czekałem na ostinatowe wejście podczas Shine On You Crazy Diamond, gdzie żadnych kompromisów jakościowych być nie może - i nie było). Sztuką jest napisać takie piosenki, że kilka tysięcy ludzi jest w stanie zapłacić trzycyfrową kwotę, by zobaczyć ich wykonanie na żywo - niezależnie od tego, że wykonawcą wcale nie jest oryginalny Pink Floyd. A napisał je, w większości, właśnie Waters.

 

PS. Fakt, że jak mi się to często zdarza, wybrałem niewłaściwy moment na obejrzenie koncertu APF - trzeba było iść poprzednim razem, kiedy to odgrywali całą trasę The Wall. Wykonanie fragmentów Ściany było po prostu perfekcyjne - może poza Comfortably Numb, gdzie damski chórek zawodził jak nie przymierzając The Band w pamiętnym koncercie berlińskim. I po raz kolejny sobie uświadomiłem, że właśnie to jest moja ulubiona płyta Pink Floyd. Tymczasem akurat teraz Australijczycy wpadli na pomysł, że włączą do repertuaru utwory nagrane już po odejściu Watersa: Sorrow (ok), High Hopes (może być), ale i Take it Back (grr) oraz On The Turning Away i Keep Talking (znowu zamordowane przez chórki jak z Opola). Chwilami się zastanawiałem, czy jestem na koncercie Australian Pink Floyd, czy jakiegoś Australian Fucking David Gilmour Band. Dla równowagi, zagrali też Fletcher Memorial Home z The Final Cut - ale akurat tę płytę powinni zostawić w spokoju.

Pojawi się pewnie argument, że samo istnienie David Gilmour Band (oficjalnie zwanego Pink Floyd) i fakt, że AFP grali ich kawałki unieważnia moją argumentację. Otóż: po pierwsze - uważam, że Gilmour reaktywował w 1987 roku zespół tylko dlatego, żeby udowodnić Watersowi, że on też da radę napisać album Pink Floyd. I rzeczywiście, dał radę, tyle że zapału starczyło raptem na dwie płyty (druga dużo gorsza od pierwszej). Po drugie - z całym szacunkiem do A Momentary Lapse of Reason i The Division Bell, to nie są płyty rangi największych arcydzieł zespołu z lat 70. I ludzie kupowali je głównie ze względu na markę zespołu - markę wypracowaną w czasach Watersa - a nie ze względu na nie same.

 

piątek, 20 stycznia 2012
Agnieszka Holland nie umie reżyserować (SPOILERS!)

Dałem się po raz kolejny nabrać na "polskiego kandydata do Oscara" i poszedłem na W ciemności. Co prawda temat jest już naprawdę mocno wyeksploatowany w kinematografii i trzeba dużej odwagi, jeśli się chce podejmować go po Liście Schindlera czy Pianiście - ale ciągle porusza. O ile oczywiście zabierze się za niego wybitny twórca. Całkiem niedawno obejrzałem Musimy sobie pomagać Hrebejka - film w żadnym razie nie trywializujący tematu, piękny, poruszający, a jednocześnie pełen typowego dla czeskiego kina ciepłego humoru. Holland dostała temat-samograj - los Poldka Sochy, kanalarza ze Lwowa, pomagającego grupie Żydów ukrywać się przez kilkanaście miesięcy w kanałach. Z takiego tematu można zrobić pięć filmów. Można pokazać dorastanie bohatera - świetnie grającego przez Roberta Więckiewicza, jego rola to największy plus dzieła Holland - do bohaterstwa. Można pokazać jego relacje z otoczeniem, obawę przed zdemaskowaniem, lęk o rodzinę. Można pokazać, co czują ludzie skazani na ukrywanie się przed śmiercią i wegetację w kanałach. Można pokazać wewnętrzną interakcję w tej grupie ludzi. Można wszystko, tylko trzeba mieć porządny scenariusz i mieć pojęcie o reżyserii. Holland nie ma.  Wygląda na to, że próbowała zawrzeć wszystko, co powyżej wymieniłem, w jednym filmie - z efektem takim, że nie zawarła niczego. 

Niczego. Ani nie ma wiarygodnie pokazanego życia w kanałach, ani życia osoby ukrywającej Żydów. Kilkanaście miesięcy w kanałach to jest kilkanaście miesięcy głodu, chłodu, braku zaspokojenia podstawowych potrzeb higienicznych, poniżenia, strachu, beznadziei. Nic z tego nie widzę w filmie. Ok, zaraz na początku jeden z bohaterów próbuje ucieczki, potem dziewczynka wpada w depresję z powodu ciemności, ktoś tam choruje - ale to są epizody. Epizody, z których reżyserka ze scenarzystą nie potrafią stworzyć spójnej narracji. W ogóle nie umieli oddać upływu czasu - a przecież to w takim filmie jest po prostu kluczowe. Lwowskie getto było likwidowane zimą 1942/43. W filmie cały czas jest zima, aż nagle się robi wiosna... i jest to jakimś cudem wiosna 1944. Jakby oni tam nie siedzieli kilkunastu miesięcy, a tylko kilka. Może nie miałoby to aż tak wielkiego znaczenia, ale Holland postanowiła wpleść w akcję poczęcie dziecka i jego urodzenie w kanale... i długo się zastanawiałem, jakim cudem bohaterka zdołała począć dziecko i je urodzić w ciągu tej samej zimy.

W ciemności jest totalnie niewiarygodny. Naprawdę trzeba się postarać, żeby film oparty na rzeczywistych wydarzeniach był aż tak niewiarygodny. Szczytem wszystkiego jest scena, gdy Poldka odwiedza jego znajomy z policji ukraińskiej i przyprowadza ze sobą niemieckiego oficera. Poldek częstuje ich jedzeniem i w tym momencie protestuje jego córeczka mówiąc "Tato, to dla Żydków". Gdy oficer robi się podejrzliwy, tłumaczy, że "żydki" to są jej lalki. Naprawdę mamy uwierzyć, że w takiej sytuacji dziecko, świadome przecież niebezpieczeństwa, najpierw zachowuje się skrajnie nieostrożnie, a potem znajduje błyskotliwy wykręt - a Niemiec i Ukrainiec w to wierzą? W trakcie całego filmu parę razy ktoś mówi, że jacyś Żydzi są w kanałach - i dzielny Poldek za każdym razem natychmiast zbiega do kanałów i przenosi swoich podopiecznych w inne miejsce. I oczywiście nikt się nie zastanowił, jak to się stało, że tych Żydów nie udało się złapać? Na początku Holland pokazuje Sochę kupującego ogromne ilości cebuli i budzącego podejrzliwe spojrzenie sprzedawczyni w sklepie. I co dalej? Dowiadujemy się, jak na to zareagował, czy się bardziej bał, jak radził sobie z zaopatrywaniem w jedzenie? Gdzie tam. Czechow się w grobie przewraca.

Olać beznadziejny scenariusz. Reżyseria jest jeszcze gorsza. Holland nie umie pokazać emocji bohaterów - jedynym środkiem w jej arsenale jest wrzask, którego w filmie jest pełno i na full. Nie umie pokazać grozy życia w kanałach - jedynym środkiem w jej arsenale jest robienie zbliżeń szczurów. Nie umie też pokazywać seksu - ale pokazuje. Ok, ja rozumiem, że zależy jej na uzmysłowieniu widzowi, że ludzie w kanałach też się kochali, także fizycznie. Ale czy naprawdę nie da się tego tylko zasygnalizować, a nie pokazywać całe sceny stosunków? Jak bym chciał obejrzeć film erotyczny, to bym wolał jednak jakąś Kim Basinger, a niekoniecznie panią Grochowską.

Dawno na żadnym filmie nie czułem się tak zażenowany. Są fragmenty zabawne, owszem, ale raczej wbrew intencjom autorów. Najśmieszniejsze są polskie napisy tłumaczące lwowską gwarę - czy dystrybutor naprawdę ma polskich widzów kinowych za takich idiotów? Chyba że na film za chwilę masowo będzie się ciągać biednych gimnazjalistów - a to przepraszam. (Może to z myślą o nich te momenty były).

Zwłaszcza, że to naprawdę mogłoby być coś wybitnego. Gdyby tylko zatrudniono przy tym scenarzystę i reżysera...

 

wtorek, 17 stycznia 2012
Sneijder i uniwersalizm

Na marginesie blogowania na żywo o najważniejszych derbach Europy, zrobiła się na blogu Rafała Steca mała wymiana zdań o transferze Wesleya Sneijdera do Manchesteru United - przy okazji której naszły mnie przemyślenia o tym, do jakich granic doszła w obecnej piłce specjalizacja.

Żeby od razu nawiązać do pretekstu notki, powiem, że w przejście Sneijdera na Old Trafford nie wierzę. Przez ostatnie kilkanaście lat Alex Ferguson sprowadził do klubu wielu znanych środkowych pomocników i właściwie żaden z tych transferów nie był do końca udany (a niektóre, jak Veron czy Kleberson, były wręcz spektakularnymi wtopami). Twierdzę, że przyczyną nie jest to, że scouting Czerwonych Diabłów jest taki beznadziejny, ale że po prostu tacy zawodnicy jak Paul Scholes, którego trzeba zastąpić, przystosowani do gry w klasycznym systemie 4-4-2, którym już nie gra żaden inny klub czołówki europejskiej, są niesłychanie trudni do znalezienia. Sneijder zarówno w Ajaksie, reprezentacji, jak i Interze w czasach Mourinho grał jako ofensywny pomocnik, czy to w systemie 4-2-3-1 (Holandia, Inter w dwumeczu z Barceloną) czy w "diamencie". Nie przypominam sobie natomiast, żeby kiedykolwiek grał z sukcesem jako środkowy pomocnik w ustawieniu 4-4-2. Dlatego bardzo wątpię, żeby do MU przeszedł  - a nawet jak przejdzie, wątpię, żeby odniósł tam sukces.

Ale to nie tylko o Sneijdera chodzi. Mam wrażenie, że dzisiejsza piłka zrobiła się tak wyspecjalizowana, że wielu graczy, w szczególności tych wybitnych, przestawionych z jednego otoczenia taktycznego w inne kompletnie się gubi. Myślę też, że to jest tajemnica, dlaczego w ostatnich latach tak wiele głośnych transferów kończyło się równie głośną klapą. Można by listę ciągnąć długo, ale natychmiast do głowy przyszły mi trzy nazwiska:

Torres - oczywiście można dyskutować, na ile wpływ na jego katastrofę w Chelsea ma po prostu długotrwały dół formy (który złapał przecież jeszcze w trakcie sezonu 2009/10), ale wszystko wskazuje na to, że The Blues są tak przyzwyczajeni do gry z silnym targetmanem typu Drogby, że po prostu nie potrafią współpracować z napastnikiem innego typu - a on z nimi. Skądinąd Torres przecież nie jest pierwszym takim przypadkiem na Stamford Bridge... kilka lat temu był Szewczenko. Straszne jest takie uzależnienie drużyny od napastnika jednego typu, zwłaszcza że Drogba jest naprawdę napastnikiem jedynym w swoim rodzaju.

Kaka - na pewno w pewnym momencie najwybitniejszy ofensywny pomocnik świata. Ale wygląda na to, że radził sobie tylko w specyficznym milanowskim 4-4-2 i w dosyć podobnej wersji 4-4-2 reprezentacji Brazylii. W Realu, czy u Pellegriniego czy u Mourinho, zawiódł kompletnie.

Ibrahimović - największy błąd Guardioli. Barcelona, przyzwyczajona do gry niskimi, ruchliwymi napastnikami, Szweda (który przecież z sukcesem grał w wielu klubach i wielu ustawieniach taktycznych) przeżuła i wypluła. I wcale nie chodziło o jego charakter, a o kwestie właśnie związane z taktyką.

Czy nie jest tak, że coraz większy poziom wyrafinowania taktycznego i fakt, że praktycznie każda drużyna czołówki europejskiej gra inaczej, powoduje, że adaptacja do innej drużyny staje się coraz trudniejsza? I w tym kontekście rację ma Ferguson, odmawiając kupienia następcy Scholesa, nie mówiąc już o Guardioli, który zamiast kupić następcę Xaviego próbuje go sobie wychować.

I biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić, że piłka reprezentacyjna, gdzie zawodnicy nie są przyzwyczajeni do taktyki i swoich ról, coraz bardziej się rozjeżdża z piłką klubową. Ćwierć wieku temu Bilardo mógł powiedzieć "dajcie piłkę Maradonie, reszta nie przeszkadza", dzisiaj indywidualny geniusz Messiego już nie wystarcza do pokonania nawet jakiejś Wenezueli. Tym większe uznanie dla takich fachowców jak Oscar Tabarez czy Joachim Löw, którzy nawet teraz sprawiają, że ich drużyny jako całość wyglądają wręcz lepiej niż suma części.

poniedziałek, 09 stycznia 2012
Tradycja

Tradycja jest rzeczą dobrą i szlachetną, ale tradycja utrzymywana na siłę bez korygowania jej w związku ze zmieniającą się rzeczywistością staje się wynaturzeniem.

Tradycją jest organizowanie w pierwszy weekend nowego roku Balu Mistrzów Sportu i ogłaszanie na nim wyników plebiscytu Przeglądu Sportowego - z prezentacją zwycięzców. Przez pierwsze 75 lat istnienia plebiscytu, od 1926 do 2000 roku, tylko raz wygrał zawodnik specjalizujący się w sportach zimowych (Józef Łuszczek). Lekkoatleci, bokserzy, szermierze czy kolarze mają w styczniu wolne od zawodów i mogą się wybrać na jubel Przeglądu.

Tymczasem z jedenastu jak dotąd plebiscytów XXI wieku aż siedem wygrali mistrzowie sportów zimowych - Adam Małysz i Justyna Kowalczyk. Dla nich pierwszy weekend nowego roku to jest zakończenie najbardziej prestiżowej, obok IO/MŚ, imprezy sezonu - Turnieju Czterech Skoczni albo Tour de Ski. Na ogół dokładnie wiadomo, kto jest kandydatem do zwycięstwa w plebiscycie - czy naprawdę nie dałoby się więc balu zorganizować w takim terminie, że Małysz i Kowalczyk mogli kiedyś osobiście odebrać nagrodę?

czwartek, 05 stycznia 2012
Bez czarnych łabędzi

W Polityce ciekawy artykuł Żakowskiego, w którym wieszczy erę trwałej niestabilności - a na odwrotnej stronie tradycyjny konkurs, w którym trzeba przewidzieć różne wydarzenia i parametry ekonomiczne w 2012 roku. Jedno z pytań brzmi: "Kurs euro 1 grudnia 2012 będzie wynosił: a) mniej niż 4,4 zł, b) pomiędzy 4,4 a 4,7 zł, c) powyżej 4,7 zł".

Wygląda na to, że autorzy pytań nie czytali artykułu Żakowskiego - bo jak dla mnie przedziały powinny być zdecydowanie inaczej ustawione, np: a) mniej niż 4 zł, b) pomiędzy 4 a 5 zł, c) ponad 5 zł. Bo w obecnej postaci wariant b) jest bardzo mało prawdopodobny - albo złoty będzie się umacniał, albo osłabiał, ale wątpliwe, że się ustabilizuje akurat na obecnym poziomie. Ale przede wszystkim brakuje mi jednej możliwości: d) 1 grudnia 2012 nie będzie euro.



wtorek, 03 stycznia 2012
Dżentelmeni o pieniądzach nie mówią

Kapitalny tekst Tomasza Kwaśniewskiego w DF o kulturze, w której informacja, ile kto zarabia, jest najpilniej strzeżoną tajemnicą.

Oczywiście nie dziwię się Petru, Orłowskiemu i innym interlokutorom dziennikarza, że nie chcieli się podzielić informacją o zarobkach z nim - i milionem czytelników Wyborczej. Szokujące jest dla mnie, że jest to dla nich tak skrajnie intymna informacja, że porównują ją do pytania o długość członka albo liczbę kochanków. Szokujące jest dla mnie, że bezrefleksyjnie powołują się na korporacyjny zakaz mówienia o swoich wynagrodzeniach - zakaz nie tylko niezgodny z prawem (zwłaszcza, że jednym z głównych jego motywów jest obrona przed wyjściem na jaw nielegalnej dyskryminacji płacowej), ale także kompletnie nieżyciowy.

Kwaśniewski nie poszedł dalej i nie zastanowił się nad konsekwencjami stylu życia, w którym nie mówimy nikomu o swoich zarobkach, nawet najbliższym przyjaciołom. A przecież to, ile zarabiamy, ma wpływ na to, ile możemy wydać. A przynajmniej powinno mieć. Jeśli nasze zarobki mają być pilnie strzeżoną tajemnicą, to nie możemy sobie pozwolić na to, żeby ktoś się ich domyślił na podstawie naszego stylu życia. Więc próbujemy keeping up with the Joneses, chodzimy do knajp, jeździmy na wycieczki, kupujemy sobie gadżety - za gotówkę albo na kredyt. Odnoszę wrażenie, że z naszej kultury znikło zdanie Nie stać mnie na to. Nie byłoby takiej presji na życie na kredyt, gdyby nie trzeba było udawać sukcesu, gdyby nie trzeba było udawać przed przyjaciółmi, że nam się dobrze powodzi - i gdyby to, ile wydajemy, często nie determinowało, z kim spędzamy czas czy wręcz z kim się przyjaźnimy.

Nie mówimy nawet najbliższym przyjaciołom o swoich zarobkach, to znaczy - nie mówimy nawet najbliższym przyjaciołom o problemach finansowych. Ale od niemówienia te problemy przecież nie znikną. Wydawać by się mogło, że właśnie przyjaciele są od tego, żeby im o nich mówić, ale już nie w naszej kulturze.

Kultura niemówienia o zarobkach to jest kultura atomizacji i wzajemnej nieufności. Bardzo mi się ona nie podoba. 

środa, 28 grudnia 2011
Czy Polska w 2038 roku zostanie mistrzem świata

W piłce nożnej, oczywiście.

Skąd w ogóle to pytanie przyszło mi do głowy? Nie tak dawno czytałem Why England lose Kupera i Szymanskiego, w której autorzy usiłowali wyjaśniać sukcesy i porażki piłkarskie zmiennymi ekonomicznymi i demograficznymi (jak ktoś chce poczytać, chętnie oddam), a ostatnio sobie uświadomiłem, że ekskluzywny tytuł mistrza świata w piłce nożnej wywalczyło jak dotąd osiem państw. Trzy mocarstwa latynoskie oraz pięć z sześciu dużych państw Unii Europejskiej.

O ile mistrzostwo Europy zdarzało się wywalczać krajom "małym" (i to nie tylko małym ludnościowo, ale z wielką piłkarską tradycją, jak Holandii i Czechosłowacji, ale także i bez tej tradycji, jak Danii i Grecji), o tyle mistrzostwo świata jest, przynajmniej jeśli idzie o Europę, dla "dużych", czyli mających odpowiedni potencjał ludnościowy, ale i ekonomiczny (którego oznaką jest przynależność do Unii Europejskiej). Polska ma potencjał ludnościowy porównywalny z Hiszpanią, i jeśli (wielkie jeśli) będą omijać ją wojny i kryzysy, za te dwadzieścia lat będzie miała też porównywalny potencjał ekonomiczny. (Z dwadzieścia lat temu gdzieś na Ligocie ktoś walnął na murze graffiti głoszące Za 20 lat będziemy Hiszpanią. Trochę się obsunęło :).

Pytanie, co z potencjałem piłkarskim. Biorąc pod uwagę, że na kilka miesięcy przed Euro w Polsce organizujemy łapankę na ludzi, którzy potrafią w miarę prosto kopnąć piłkę i mieli jakąś polską babcię, mówienie o MŚ dla Polski wydaje się dziś niepoważne. Ale - taka Francja też nigdy nie miała jakichś wielkich tradycji piłkarskich, a na początku lat 70. jej reprezentacja i kluby szorowały dno od spodu. I zaledwie dziesięć lat później mieli drużynę na miarę mistrzostwa Europy i walki o mistrzostwo świata, a następne pokolenie trójkolorowych piłkarzy to mistrzostwo świata zdobyło. Ok, Francuzi mieli imigrantów, my możemy mieć inne atuty.

Oczywiście, nie da się tego osiągnąć bez głębokich zmian struktur polskiej piłki, bez reformy szkolenia, itd. itp. Ale tak sobie myślę, że znacznie łatwiej będzie te zmiany forsować mając konkretny - ambitny ale realny - cel przed sobą.

Dlaczego 2038? Czysta symbolika. Sto lat od pierwszego występu Polski w MŚ - i dwadzieścia sześć lat od dzisiaj. W sam raz, by właśnie teraz urodzony nasz Zidane, nasz Xavi, nasz nowy Wilimowski był w najlepszym wieku do zdobywania mistrzostwa.

poniedziałek, 26 grudnia 2011
Paluszek i gardło

Na pogrzebie Vaclava Havla były obecne głowy prawie wszystkich państw środkowoeuropejskich, poza prezydentem Polski. Najpierw myślałem, że powodem nieobecności pana Komorowskiego w Pradze była jego wizyta w Chinach - co może byłoby jakimś usprawiedliwieniem, chociaż i tak jest pytanie, czy nie należało w takim przypadku wizyty skrócić. Okazało się jednak, że pan Komorowski sobie z Chin wrócił, a do Pragi nie pojechał, ponieważ... rozbolało go gardło.

Płacimy ciężkie pieniądze na prezydenta i jego świtę właśnie po to, żeby jeździł na takie spędy jak pogrzeby innych prezydentów. Jeżeli pan Komorowski olewa pod byle pretekstem pogrzeb byłego prezydenta Czech, było nie było sąsiada Polski i jednego z najbliższych nam państw (a przy tym bardzo wybitnej postaci historii XX wieku), to olewa nie tylko Czechów (pytanie - jaki taki gest będzie miał wpływ na postrzeganie Polski w Czechach i na skuteczność naszej polityki środkowoeuropejskiej), ale olewa także swoich pracodawców i wyborców.

Wiedziałem, że się będziemy za tego pana wstydzić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50