krótkowłosy pseudointelektualista

Wpis

czwartek, 25 maja 2006

Zamach na samorządność?

Samoobrona zgłosiła pomysł likwidacji bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. PiS ustami posła Gosiewskiego zapowiedział, że "zastanowi się" nad nim. W prasie i Sieci oczywiście od razu rozpętała się kampania przeciwko projektowi, do której dołączyła się PO - "powrót partyjniactwa?", "Lepper wybierze za nas?" - krzyczą zeszłotygodniowe nagłówki.

Mam mieszane uczucia co do pomysłu Samoobrony. Nie mam żadnych wątpliwości, że Lepperem i spółką kieruje wyłącznie troska o interes partyjny - nie dorobili się jak dotąd odpowiedniej liczby nazwisk na tyle znanych i cenionych, że mogliby podjąć walkę w bezpośredniej rywalizacji o stanowisko szefa gminy/miasta. Skandalem jest to, że pojawia się on na kilka miesięcy przed wyborami – podporządkowywanie prawa wyborczego bieżącym rozgrywkom politycznym jest jednym z najbardziej jaskrawych przejawów psucia państwa. Ale ten pomysł mógł się stać punktem wyjścia do poważnej i rzeczowej dyskusji na temat obecnego ustroju samorządowego. W Polsce panuje z jednej strony - kult głosowania "na nazwiska", z drugiej - traktowanie partii politycznych jako czegoś w rodzaju zła koniecznego. Idąc naprzeciw temu podejściu politycy zafundowali nam przed poprzednimi wyborami samorządowymi bezpośrednie głosowanie na prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Niestety, jak to na ogół w takich sytuacjach bywa, nie pomyśleli o zmianach w całym ustroju samorządowym tak, aby zapewnić jego spójność - na przykład zwiększając uprawnienia zarządu miasta kosztem rady. Stąd – co było naprawdę łatwe do przewidzenia przecież – rozliczne konflikty i paraliż decyzyjny w wielu takich gminach, gdzie w radzie większość miała opcja przeciwna władzy wykonawczej.

Co więcej – o ile stanowisko przewodniczącego zarządu miasta przed rokiem 2002 było funkcją czysto samorządową, o tyle po roku 2002 stało się funkcją polityczną. Dla Lecha Kaczyńskiego prezydentura Warszawy stała się trampoliną na fotel prezydenta Rzeczpospolitej, przy czym znaczna część jego działań w warszawskim ratuszu była przede wszystkim kampanią wyborczą. Wnioski z warszawskiego casusu zostaną zapewne wyciągnięte przez wszystkie partie; o ile wyborach 2002 roku w znacznej części miast wygrali jeszcze rasowi samorządowcy, w tej chwili wybory samorządowe stają się dla partii zbyt poważną sprawą, żeby pozostawić je samorządowcom. Trwa więc usilne poszukiwanie nazwisk na tyle głośnych, żeby mogły podjąć walkę o ratusze dużych miast. Gdzieniegdzie udaje się skaptować cenionych samorządowców (największy sukces tu odnotował PiS z prezydentem Gdyni Wojciechem Szczurkiem), jednakże częściej na giełdzie pojawiają się albo kandydaci przywiezieni w teczce (jak Zyta Gilowska, którą PiS chciał wystawić w Warszawie – swoją drogą pomysł, że wicepremier polskiego rządu ma rezygnować z urzędu na rzecz walki o prezydenturę jednego miasta, choćby nawet stolicy, jest sam w sobie horrendalny), albo tzw. tresowane małpki (jak potencjalna kandydatka PO na prezydenta Katowic, senator Krystyna Bochenek, znana głównie z organizacji dyktand i imienin). Podsumowując – widać wyraźnie, że bezpośrednie wybory prezydentów miast prowadzą do zwiększenia upartyjnienia polityki w samorządach.

Powstaje zatem pytanie – czy warto? Czy rzeczywiście bezpośrednie wybory prezydentów miast są dobrym pomysłem? Czy rzeczywiście prowadzą do zwiększenia zainteresowania ludzi lokalną polityką (a takie było główne uzasadnienie?). Czy zwiększony koszt takich wyborów (wszakże bardzo prawdopodobna jest druga tura) znajduje uzasadnienie? Chętnie poczytałbym rzetelną dyskusję na ten temat. Tymczasem – projekt Samoobrony jest traktowany niemal jak zamach na samorządność, zamach na demokrację. Haniebnie nierzetelnie wypowiadają się eksperci od samorządów. Jerzy Regulski powiedział: Likwidowanie wyborów bezpośrednich znów zwiększy wpływ partii na samorządy lokalne. Do władz lokalnych mogą się dostać kandydaci zupełnie niezwiązani z danym regionem. Podstawowym kryterium wyboru szefa samorządu stanie się przynależność partyjna. Czy pan Regulski byłby w stanie wymienić takie przypadki, jak wspomniany kandydatki w teczce Zyty Gilowskiej, przed 2002 rokiem? (Z drugiej strony, co w tym złego, że Rada Gminy powołuje wójta albo burmistrza nie związanego z daną miejscowością, ale świetnego menadżera, doskonale znającego się np. na pozyskiwaniu pieniędzy z UE? Pod warunkiem oczywiście, że jest w stanie go rozliczyć i ewentualnie odwołać).

Hasła zamiast poważnej debaty. Nic nowego w naszej polityce i naszych mediach.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
airborell
Czas publikacji:
czwartek, 25 maja 2006 14:50

Polecane wpisy

  • O planie Morawieckiego

    Został opublikowany strategiczny plan ministra Morawieckiego dotyczący polityki gospodarczej rządu.   Zanim zaczniemy go opisywać, trzeba najpierw powiedzi

  • Co Marek Kondrat zrozumiał z Prześnionej rewolucji

    Marek Kondrat w Tygodniku Powszechnym powołuje się na "Prześnioną rewolucję" Ledera: "Ona [rewolucja] już nastąpiła. Andrzej Leder stawia tezę, że rewolucja spo

  • Trzecia oś

    Dwa teksty przeczytane przez weekend. Poruszający reportaż z Tygodnika Powszechnego o przeszczepie twarzy (na razie za paywallem) i wypowiedź Ewy Błaszczyk , że

Komentarze

Dodaj komentarz

  • PAK4 napisał(a) komentarz datowany na 2006/05/26 13:49:13:

    Widzę dwie tezy. Teza pierwsza brzmi: odwrót od wyborów bezpośrednich wójta/prezydenta gminy nie jest zły dla demokracji (bez podejmowania dyskusji, czy jest dobry dla sprawowania władzy). Teza druga, że poziom dyskusji politycznej w Polsce jest mierny.

    I na wstępie odpowiadam, że z tezą drugą w pełni się zgadzam. A to, że nie każdą epokę stać na swego Tocqueville'a, nie może być dla nas obecnie usprawiedliwieniem.

    Odpowiedziawszy na tezę drugą, mogę zająć się tezą pierwszą. Otóż sam nie wiem, co o tym myśleć. To na pewno prawda, że obecnie opłaca się wystawiać do wyborów głośnych i popularnych figurantów. Tak samo prawdą jest, że przypadki pochodzenia z różnych środowisk politycznych wójta i większości w radzie, prowadzą do paraliżu lokalnej polityki. Ale, czy my trochę nie mylimy przyczyn ze skutkiem?

    Bo nasza lokalna polityka jest kiepska. I to przez figurantów z zewnątrz. Trochę to zrozumiałe -- to taka polityczna okręgówka, która powinna pozwolić wyłapywać polityczne talenty, co oznacza także spory napływ osób przypadkowych i zwyczajnie kiepskich.

    Ale jaka powinna być na to rada? Wydaje się, że poziom dyskusji w mediach i poziom polityki, są ze sobą nierozerwalnie związane. Wątpliwe więc, czy da się podnieść jeden z nich samym wysiłkiem woli. Decyzję kiepskiego polityka, komentuje kiepski dziennikarz. No i wszystko to dociera do kiepskiego widza politycznej gry -- słowem -- obywatela. Przy wyborach kiepski obywatel 'kupuje' artykuły kiepskiego dziennikarza i daje sobie wmówić zalety kiepskiego polityka. I tak koło się zamyka.

    Jedną z chorób, na które choruje polityka lokalna jest na pewno anonimowość. Bo ilu znamy radnych miejskich? Liczę w głowie i wychodzi mi, że może dwóch-trzech. Dwaj są z mojej dzielnicy i jako zajmujący czołowe stanowiska często pokazują się przy oficjalnych imprezach. Trzeci to mój lekarz rodzinny :) Jeśli się z nimi nie zgadzam, to na kogo mam głosować i co wiem o konkurentach? Życie polityczne praktycznie nie istnieje, media lokalne są słabe i politycznie zależne (prawdziwie zależne -- często za państwowe pieniądze robi się bezkrytyczną propagandę poszczególnym politykom), zaangażowanie społeczne bliskie zera.

    I na tym tle rozumiem ideę wyborów bezpośrednich jako próbę rozruszania wyborców. Jeśli się głosuje nie na partię, a na człowieka, to trzeba wiedzieć kim on jest. A poza tym, co to znaczy w gminie, że ktoś jest z PO, PiS, SLD, Samoobrony, czy LPR? Może tyle, że PO, PiS i LPR zagłosują za pomnikiem JP2 na głównym placu, a SLD wstrzyma się od głosu. Głosujemy na sympatie, etykietki, nie na programy. Takie wybory stawiają wyższe wymagania wyborcom, zmuszając ich do aktywności. Tyle, że co to za różnica, czy poprzeczka wisi na wysokości metra, czy dwóch, skoro nikomu nie chce się skakać?

    Pozdrawiam,

  • airborell napisał(a) komentarz datowany na 2006/05/26 21:00:53:

    To nawet nie tyle chodziło o poziom dyskusji, co o jakąś jej elementarną uczciwość. Jeżeli ktoś taki jak Regulski, będący w końcu ekspertem od samorządności, mówi, że czarne jest białe, to czego można oczekiwać od dziennikarzy czy polityków? A przecież kwestia ordynacji samorządowej to tylko pojedynczy, dowolnie wybrany przykład - to samo mógłbym napisać o awanturze o fuzję banków, podatku liniowym czy JOW-ach na przykład.

    Ja też rozumiem ideę wyborów bezpośrednich jako próbę rozruszania wyborców. Tylko co z tego? Znasz prezydenta, radnych jak nie znałeś tak nie znasz, naturalną konsekwencją wprowadzenia bezpośredniego wyboru prezydenta jest to, że wybory do rady usuwają się niejako w cień. Co więcej - radzie oderwanej od zarządu trudniej jest kreować nowych liderów (tak swoją drogą, czy są w Polsce, przynajmniej w dużych miastach, jacyś liderzy wyniesieni _po_ 1990 roku? - bo mam wrażenie, że cały czas korzystamy z tej pierwszej fali samorządu, a następnych przez te kilkanaście lat w zasadzie nie było).

  • PAK4 napisał(a) komentarz datowany na 2006/05/29 10:06:09:

    1) Uczciwości się w dyskusji zachciało :) Czy dyskusja kiedykolwiek była uczciwa? Polityka podnosi poziom adrenaliny, angażuje myśli, by służyły uczuciom. Oczywiście, 'uczciwość' byłaby dobra, ale trzeba na nią zapracować.

    2) Piskorski? Więcej nazwisk nie znam. Na pewno nie u mnie w mieście, gdzie od 1990 roku rządzą ci sami ludzie. Paru, uczciwszych odeszło, paru chętnych doszło. Ale grupa ta sama.

  • airborell napisał(a) komentarz datowany na 2006/06/03 22:58:20:

    > Uczciwości się w dyskusji zachciało :) Czy dyskusja kiedykolwiek była uczciwa?

    Nie oczekuję uczciwości od polityków. Oczekuję elementarnej uczciwości od ekspertów, takich jak Regulski właśnie. Oczekuję, że będzie dostrzegał plusy i minusy, a nie świadomie pomijał jedne, a uwypuklał drugie.
    Wiem, że to naiwność. Ale niesamowicie to psuje debatę publiczną IMO.

Dodaj komentarz